Szopa, beczka i porządki przed zimą

Październik w ogrodzie to nie koniec sezonu, tylko przygotowanie następnego. Posadziliśmy czosnek, zgrabiliśmy liście, opróżniliśmy beczkę i zrobiliśmy porządek w szopie, zanim przyjdą przymrozki.
W praktyce
- Czas pracy
- dwie soboty i kilka popołudni
- Koszt
- ok. 80-150 zł (2026)
- Trudność
- łatwe
W pierwszy październikowy poranek, kiedy na trawie przy sadzie był szron, sąsiad zza płotu stał już przy swojej grządce z motyką. Zapytałam, co sadzi. Czosnek, odpowiedział, i dodał, że my też powinniśmy, bo w październiku ziemia jest jeszcze ciepła, a czosnek musi się ukorzenić przed mrozem. Tego samego dnia po południu zdjęłam z haka w sieni kilka główek z lipcowego zbioru i zaczęły się nasze pierwsze jesienne porządki.
Rok temu przyjechaliśmy tu w październiku i jesień zastała nas z kartonami, a nie z grabiami. Ogród poprzednich właścicieli przezimował tak, jak go zostawili. W tym roku mamy warzywnik, kompostownik, beczkę pod szopą i całą listę rzeczy, które trzeba zrobić, zanim przyjdzie mróz.
Czosnek w październiku
Czosnek ozimy sadzi się jesienią, zwykle od końca września do końca października, mniej więcej kilka tygodni przed tym, jak ziemia zamarza. W zachodniej Polsce można później, na wschodzie i północy lepiej się nie spóźniać. U nas na Powiślu poszedł do ziemi w drugim tygodniu października.
Główki rozdzieliłam na ząbki dopiero w dniu sadzenia, żeby nie przeschły. Do sadzenia wybierałam największe, małe poszły do kuchni. Grządkę wcześniej spulchniłam widłami i dosypałam kompostu, bo nasza glina jest ciężka i bez tego czosnek gniłby w mokrej ziemi. Ząbki wsadziłam piętką w dół, na głębokość mniej więcej dwóch-trzech ich wysokości, co dziesięć-piętnaście centymetrów w rzędzie.
Na wierzch poszła cienka warstwa liści. Nie gruba, bo gruba warstwa na glinie trzyma wilgoć i zaprasza myszy. Czosnek powinien się teraz ukorzenić, a wiosną wypuścić szczypior jako jedna z pierwszych roślin w ogrodzie. Wykopiemy go w lipcu, kiedy dolne liście zaczną żółknąć.
Liście, które nie idą do worka
Pięć starych jabłoni, grusza i śliwa dają dużo liści. W październiku grabiliśmy co weekend. Liście z trawnika idą na kompostownik, który założyliśmy we wrześniu i o którym pisałam przy zakładaniu kompostownika. Przekładamy je skoszoną trawą i resztkami z warzywnika, żeby nie zbiły się w mokry placek.
Liście spod jabłoni, na których widać było plamy parcha, zbieramy osobno. Nie trafiają na kompost, tylko do worka na odpady zielone, który gmina odbiera co dwa tygodnie. Zdrowe liście z części ogrodu za domem zostawiamy pod krzewami i przy bylinach, jako kołdrę na zimę i schronienie dla jeży.
Grabie najlepiej sprawdzają się wachlarzowe, z elastycznymi zębami. Zwykłe stalowe zostawiliśmy do ziemi. Na trawniku po grabieniu wyraźnie widać, gdzie przez lato chodziły krety.

Beczka przed mrozem
Beczka pod rynną szopy pracowała od lipca, od kiedy podłączyliśmy ją według opisu z wpisu o zbieraniu deszczówki. Przez sierpień i wrzesień podlewaliśmy z niej pomidory i porzeczki. W październiku przyszedł czas, żeby ją opróżnić.
Woda, która zamarznie w beczce, rozszerza się i potrafi rozsadzić plastik albo kranik. Dlatego przed pierwszymi mrozami beczkę opróżniamy całkiem. Ostatnią wodę zużyliśmy do podlania świeżo posadzonych krzewów porzeczek, resztę spuściliśmy na trawnik. Na dnie zebrało się kilka centymetrów mułu z dachu, liście i kilka martwych owadów mimo siatki. Muł poszedł na kompost, beczkę umyliśmy szczotką i wodą z węża.
Złączkę na rynnie przestawiliśmy tak, żeby woda z dachu leciała obok beczki do rury spustowej, a nie do środka. Beczkę odwróciliśmy dnem do góry i zostawiliśmy na podeście, żeby nie zbierała śniegu. Kranik wykręciliśmy i schowaliśmy w szopie. Wiosną wystarczy odwrócić beczkę, wkręcić kranik i przestawić złączkę.
Byliny i porządek w szopie
Byliny w ogródku przed domem przycięliśmy tylko częściowo. Suche kwiatostany jeżówek i rozchodników zostają na zimę, bo ładnie wyglądają w szronie i dają nasiona ptakom. Wycięliśmy za to pędy, które się pokładły i gniły, oraz chore liście piwonii. Najwrażliwsze rośliny przykryliśmy luźno gałązkami świerkowymi, które dostaliśmy od sąsiada po przecince.
Szopa zajęła nam jedno całe popołudnie. Przez lato rzucało się do niej wszystko, co akurat było w rękach. Teraz każde narzędzie zostało umyte z gliny, wysuszone i przetarte szmatką z olejem. Łopaty, widły i motyki wiszą na ścianie na gwoździach, grabie zębami do ściany, żeby nikt na nie nie nadepnął. Wąż ogrodowy zwinęliśmy i zanieśliśmy do obórki, bo w szopie zimą zamarza woda, która w nim zostaje.
Mimka towarzyszyła nam przy szopie cały czas. Przy przenoszeniu worka z ziemią spod ściany wyskoczyła spod niego mysz i Mimka spędziła następną godzinę, siedząc nieruchomo przy tej ścianie. Myszy nie złapała. W szopie trzymamy teraz nasiona i karmę dla ptaków tylko w szczelnych blaszanych puszkach.
Warzywnik na zimę
Ostatnia część porządków dotyczyła warzywnika, który założyliśmy wiosną. Marchew i pietruszkę wykopaliśmy na początku października, zanim glina po deszczach zrobiła się ciężka jak mokry cement. Część pietruszki zostawiliśmy w ziemi, przykrytą liśćmi, bo sąsiad powiedział, że w łagodne zimy da się ją wykopywać aż do grudnia. Sprawdzimy.
Na grządkach, które zostały puste, rozłożyliśmy warstwę kompostu i przykryliśmy go liśćmi. Nie przekopywaliśmy ich jesienią. Na glinie przekopanie w mokrej ziemi robi bryły, które twardnieją jak cegły, a pod przykryciem ziemia przez zimę sama się rozluźnia. Dżdżownice robią to lepiej niż my z widłami.
Paliki od pomidorów umyliśmy, wysuszyliśmy i związaliśmy sznurkiem w pęczek. Leżą w obórce na belkach pod sufitem. Agrowłókninę, którą wiosną przykrywaliśmy rozsadę, złożyliśmy w pudło razem z kartką, na której zapisałam, co w tym roku rosło na której grządce. W przyszłym roku przesuniemy uprawy, żeby pomidory nie stały dwa razy w tym samym miejscu.
Koszt październikowych porządków był niewielki: czosnek i kompost już mieliśmy, szczotka, olej do narzędzi, kilka gwoździ i blaszane puszki z drugiej ręki. Razem około 80-150 zł.
Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz
- Główki na sadzenie odłożylibyśmy osobno już w lipcu. W październiku połowa najładniejszych była zjedzona.
- Beczkę opróżnialibyśmy stopniowo przez cały październik, podlewając krzewy, zamiast spuszczać ostatnie dwieście litrów na trawnik.
- Na narzędzia od razu zrobilibyśmy w szopie listwę z haczykami, zamiast wbijać gwoździe tam, gdzie akurat było miejsce.
- Liście z parchem zbieralibyśmy osobno od pierwszego grabienia, a nie dopiero wtedy, gdy połowa trafiła na kompost.




