Jak zbierać deszczówkę z dachu szopy

Szopa na narzędzia ma dach z blachy i rynnę, która przez lata lała wodę prosto w ziemię. W lipcu podstawiliśmy pod nią beczkę i pierwsza burza napełniła ją w godzinę. Opisujemy, jak to zrobiliśmy i ile wody daje mały dach.
W praktyce
- Czas pracy
- jedno popołudnie we dwoje
- Koszt
- 300-450 zł z beczką (2026)
- Trudność
- łatwe
Burza przyszła w czwartek wieczorem, po tygodniu bez deszczu. Najpierw wiatr od zachodu, który przewrócił puste konewki przy warzywniku, potem kilka grubych kropli i ulewa, przy której nie było słychać nic poza dachem. Staliśmy z Karolem w drzwiach sieni i patrzyliśmy na szopę. Z rury spustowej leciał strumień grubości ręki i znikał w kałuży, która rosła pod ścianą szopy. Karol powiedział: „To jest woda, którą w sobotę będziemy nosić konewkami ze studni”.
W sobotę pojechaliśmy po beczkę. Od tamtej pory pod szopą stoi trzysta litrów deszczówki i w zeszycie prac ta pozycja ma dopisek „dlaczego dopiero teraz”.
Ile wody daje mały dach
Zanim cokolwiek kupiliśmy, policzyliśmy, czy to ma sens. Rachunek jest prosty. Jeden milimetr deszczu to jeden litr wody na każdy metr kwadratowy dachu. Dach szopy ma około dwunastu metrów kwadratowych w rzucie, czyli tyle, ile zajmuje z góry, a nie tyle, ile ma blachy po skosie. Przy deszczu dziesięciu milimetrów spływa z niego około stu dwudziestu litrów. Ta czwartkowa burza dała więcej, bo beczka napełniła się w godzinę i woda szła już przelewem.
Część wody i tak się traci. Pierwsze minuty deszczu spłukują z blachy kurz, liście i ptasie odchody, trochę zostaje w rynnie, trochę odparowuje. Przy letnich ulewach traci się też to, co nie zmieści się w beczce. Ale nawet z tymi stratami po kilku deszczach mamy zapas na tydzień podlewania pomidorów i ogórków.
O tym, jak podlewamy warzywa na glinie, że rzadziej i obficiej, pisałam w czerwcu we wpisie jak podlewać warzywa, żeby nie lać wody w błoto. Deszczówka ma przy tym jedną przewagę nad wodą ze studni: nie jest lodowata.
Rynna, złączka i beczka na podeście
Rynna na szopie była, tylko stara i zapchana liśćmi. Karol oczyścił ją z drabiny, sprawdził spadek wodą z wiadra i dokręcił jeden hak, który się obluzował. Rura spustowa kończyła się kolanem pół metra nad ziemią.
Zamiast kolana założyliśmy złączkę do rury spustowej, czyli wstawkę z wylotem bocznym. Przy rurze wycina się kawałek, w to miejsce wsuwa się złączkę, a z jej boku wąż prowadzi wodę do beczki. Złączka ma tę zaletę, że kiedy beczka jest pełna, woda przestaje do niej płynąć i leci dalej rurą w dół. Kosztowała kilkadziesiąt złotych i Karol założył ją w pół godziny.
Beczka ma trzysta litrów, jest z tworzywa, zielona, z pokrywą i kranem na dole. Taka pojemność w 2026 roku kosztuje od dwustu kilkudziesięciu do czterystu złotych, zależnie od grubości ścianek i tego, czy jest kran. Postawiliśmy ją na podeście z betonowych bloczków, dwa poziomy, tak żeby pod kran zmieściła się konewka. Bez podestu trzeba by nabierać wodę od góry albo przechylać beczkę. Trzysta litrów to około trzystu kilogramów, więc podest musi stać na równym i twardym podłożu. Karol najpierw wyrównał ziemię, ubił ją i dopiero wtedy ułożył bloczki, sprawdzając poziomicą każdy.

Jedną rzecz zrobiliśmy źle za pierwszym razem. Wąż ze złączki do beczki był za długi i zwisał w łuk, w którym zbierały się liście. Przy drugiej burzy woda przestała płynąć do beczki po kwadransie, bo łuk się zatkał. Karol skrócił wąż tak, żeby szedł prosto i ze spadkiem w stronę beczki, a wlot ustawił niżej niż wylot ze złączki. Woda płynie w dół i tylko w dół, co dla człowieka, który zawodowo zajmuje się wodą, było, jak przyznał, trochę wstydliwe.
Beczka stoi w cieniu szopy, od strony północnej. W słońcu woda w zbiorniku z tworzywa nagrzewa się szybko, zielenieje od glonów i zaczyna pachnieć. W cieniu przez całe lato była czysta i chłodna. Gdyby trzeba było postawić ją od strony słonecznej, przydałaby się osłona z desek.
Komary, liście i woda nie do picia
Otwarta beczka z wodą to w lipcu wylęgarnia komarów. Pokrywę trzymamy zamkniętą zawsze, a w miejscu, gdzie wchodzi wąż ze złączki, Karol zawinął kawałek drobnej siatki z resztek moskitiery. Bez tego po tygodniu woda w beczce poruszała się od larw.
Liście i igły z rynny trafiają do beczki mimo czyszczenia. Na wlocie węża założyliśmy proste sitko z siatki, które trzeba co jakiś czas opróżnić. Raz w miesiącu zaglądamy na dno beczki. Jeśli zbiera się muł, spuszczamy go kranem na grządkę z porzeczkami.
Deszczówka nie nadaje się do picia ani do mycia owoców, które zjada się bez gotowania. Spływa po blasze, po ptasich odchodach i po wszystkim, co niesie wiatr. Do podlewania jest bardzo dobra, do mycia rąk po pracy w ogrodzie i do płukania narzędzi też. Karol, który na co dzień uzdatnia wodę w gminnej stacji, ma w tej sprawie zdanie stanowcze i krótkie: „Woda do picia jest w kranie”.
W lipcu, przy kilku dniach bez deszczu, z beczki schodzi u nas kilkadziesiąt litrów co drugi dzień, głównie pod pomidory i ogórki. Trzysta litrów wystarcza więc na tydzień-dziesięć dni podlewania pomidorów i ogórków, a resztę grządek dalej podlewamy ze studni.
Co zrobić z beczką jesienią
Na zimę beczkę opróżnia się do końca, przed pierwszymi mrozami. Woda zamarzająca w zamkniętym zbiorniku z tworzywa potrafi go rozsadzić, a kran pęka najszybciej. Złączkę przestawia się na zimowe ustawienie albo odłącza wąż, żeby woda z dachu szła prosto rurą. My zrobimy to w październiku, przy jesiennych porządkach w ogrodzie.
Myśleliśmy o drugiej beczce, połączonej z pierwszą wężem u góry. Na razie zostajemy przy jednej. Na nasz warzywnik i dwie beczki ze studni przy grządkach to wystarcza, a każdy dodatkowy zbiornik to dodatkowe sprzątanie jesienią. Słyszeliśmy, że gminy i programy rządowe co jakiś czas dopłacają do większych instalacji na deszczówkę przy domach. Przy jednej beczce pod szopą nie ma o czym mówić, ale przy większym dachu domu można o to zapytać w gminie.
Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz
- Beczkę postawilibyśmy w kwietniu. Wiosenne deszcze są obfitsze niż lipcowe burze, a woda zebrana w maju przydałaby się w czerwcowej suszy.
- Kupilibyśmy od razu beczkę z kranem. Pierwszą oglądaliśmy bez kranu, tańszą, i dobrze, że nie wzięliśmy.
- Siatkę na wlot założylibyśmy pierwszego dnia, a nie po zobaczeniu larw.
- Podest zrobilibyśmy o jeden bloczek wyższy. Pod kran mieści się konewka, ale wiadro już nie.




