Przeskocz do czytania
Menu

Zakupy

Zakupy do domu, których nie żałujemy

18 października 2026 5 minut czytania Ilona i Karol

Kalosze i czołówka przy drzwiach wiejskiego domu

Rok po przeprowadzce przejrzeliśmy zeszyt prac i paragony. Wybraliśmy rzeczy, które kupiliśmy do starego domu i których używamy co tydzień, oraz kilka, które mogły zostać w sklepie.

W praktyce

Czas pracy
rok zakupów i jedno popołudnie z paragonami
Koszt
ok. 1500-2200 zł za całą listę (2026)
Trudność
łatwe

W połowie października, rok po tym, jak przyjechaliśmy tu z kartonami, Karol wyjął z szuflady w kuchni plik paragonów, a ja zeszyt prac. Chcieliśmy policzyć, ile wydaliśmy na rzeczy do domu i ogrodu, ale skończyło się na czymś innym. Zaczęliśmy dzielić zakupy na dwie kupki: te, których używamy co tydzień, i te, które stoją w obórce i patrzą na nas z wyrzutem.

Za oknem padał zimny deszcz, w piecu trzaskało drewno, a Mimka siedziała na stole i próbowała położyć się dokładnie na paragonie, który akurat czytaliśmy. Ta lista powstała w jedno takie popołudnie. Ceny są z naszych paragonów i z jesieni 2026, bez nazw sklepów i marek, bo w każdym większym sklepie budowlanym i ogrodniczym są podobne rzeczy w podobnych widełkach.

Rzeczy, które biorę do ręki codziennie

Czołówka. We wsi świecą trzy latarnie, a do furtki od sadu, do obórki i do szopy chodzimy po ciemku od października do marca. Latarka w ręku przeszkadza, kiedy niesie się drewno albo karmę. Mamy dwie czołówki na baterie akumulatorowe ładowane przez kabel, każda za około 60-120 zł. Trzecia leży w aucie.

Kalosze dla każdego i para dla gości. Pisałam o nich już w pierwszym wpisie, więc krótko: na glinie bez kaloszy nie da się żyć od października do kwietnia. Ocieplane, z wkładką, około 100-180 zł za parę. Para dla gości wisi na kołku w sieni i używana jest częściej, niż myśleliśmy.

Termometr z higrometrem. Mały, elektroniczny, za kilkadziesiąt złotych. Najpierw stał w piwnicy, kiedy urządzaliśmy spiżarnię w starym domu, teraz mamy trzy: w piwnicy, w sypialni od północy i na strychu. Dzięki nim wiemy, kiedy wietrzyć, a kiedy lepiej nie, i gdzie w domu zbiera się wilgoć.

Wilgotnościomierz do drewna. Kosztował około 50-100 zł i zwrócił się w pierwszej dostawie drewna na tę zimę. Sprzedający mówił, że drewno jest suche, a miernik to potwierdził, poza dwoma dębowymi polanami odłożonymi na luty. Rok wcześniej oszczędziłby nam zimy z dymem. Szczegóły są we wpisie o tym, ile drewna potrzeba na zimę.

Rzeczy do domu i podwórka, które pracują co tydzień

Dobra drabina. Na początku mieliśmy małą drabinkę z bloku, trzy stopnie. W starym domu z wysokimi pokojami, strychem i rynnami to za mało. Kupiliśmy drabinę wielofunkcyjną, przegubową, którą da się ustawić jako drabinę rozstawną, przystawną albo podest. Koszt około 400-650 zł. Używamy jej przy rynnach, przy malowaniu sieni, przy jabłoniach i przy zakładaniu karnisza. Jedna rzecz zamiast trzech.

Taczka z pompowanym kołem. Pierwszą taczkę kupiliśmy najtańszą, z kołem pełnym. Po trawie i glinie pchało się ją jak wózek z cegłami po piasku. Druga, z większym kołem pompowanym, kosztowała około 250-350 zł i różnica była od pierwszego kursu z kompostem. Pierwsza stoi w obórce jako pojemnik na gruz.

Grzejnik olejowy. Piece kaflowe grzeją dobrze, ale nie wszędzie i nie od razu. Grzejnik olejowy za około 250-400 zł stoi w łazience i w najzimniejsze noce w sypialni od północy. Prąd za niego płacimy, ale włączamy go tylko wtedy, gdy trzeba.

Taczka z pompowanym kołem w jesiennym ogrodzie
Taczka z pompowanym kołem w jesiennym ogrodzie

Duże pojemniki z pokrywą. Na mąkę, kaszę, karmę dla Mimki i nasiona. Po pierwszej zimie wiemy, że myszy na wsi wejdą wszędzie, gdzie coś leży w worku albo w kartonie. Kilka pojemników plastikowych i dwie blaszane puszki do szopy kosztowały razem około 150-200 zł.

Przedłużacz bębnowy. Zanim elektryk zrobił osobny obwód do obórki, był jedynym źródłem prądu w warsztacie. Teraz służy przy koszeniu, przy cyklinowaniu i przy każdej pracy dalej niż pięć metrów od gniazdka. Kupiliśmy taki z grubym przewodem do pracy na zewnątrz, za około 150-250 zł.

Rękawice robocze w trzech rodzajach. Wydaje się drobiazgiem, dopóki nie trzeba przenosić drewna, kopać w glinie i czyścić rynny tego samego dnia. Mamy skórzane do drewna i gruzu, powlekane gumą do ogrodu i mokrej roboty oraz cienkie nitrylowe do farb i impregnatów. Kupujemy po kilka par, bo rękawice na wsi znikają jak skarpetki w pralce. Na rok wydajemy na nie około 100-150 zł.

Wiadro metalowe z pokrywą. Do popiołu z pieców kaflowych, o czym więcej przy paleniu w piecu. Kosztowało kilkadziesiąt złotych i jest jedną z tych rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie zimy. Gorący popiół w plastikowym wiadrze to proszenie się o kłopot.

Wspólne dla wszystkich tych rzeczy jest to, że kupiliśmy je dopiero wtedy, kiedy ich brak zaczął nam przeszkadzać. Nie z katalogu „co trzeba mieć w domu na wsi”, tylko z konkretnej sytuacji w zeszycie prac.

Czego żałujemy

Nie wszystko się sprawdziło. Elektryczny odstraszacz kretów na baterie za około 100 zł stał w trawniku przez dwa miesiące. Krety kopały trzy metry dalej. Teraz leży w szufladzie.

Drugi zakup nietrafiony to zestaw drobnych narzędzi ogrodowych w ładnej walizce. Łopatka wygięła się w glinie przy pierwszym sadzeniu, a pazurki do pielenia zgubiły się w trawie w czerwcu. Pojedyncze, porządne narzędzia z metalowym karkiem sprawdzają się dużo lepiej.

Do tej grupy dopisałabym też ozdobną latarnię solarną na ścieżkę do furtki. Świeci pięknie w czerwcu, a od października, kiedy jest naprawdę potrzebna, ładuje się przez dzień tak słabo, że gaśnie przed kolacją.

Ostatni nietrafiony zakup to automatyczna podlewaczka na wąż z programatorem. Przy wodzie z wodociągu i ciężkiej glinie podlewamy rzadko i obficie, ręcznie i przy korzeniach. Programator przydałby się może na trawniku w mieście, u nas jest zbędny.

Wyszło nam, że w sumie na rzeczy z pierwszej listy wydaliśmy około 1500-2200 zł w ciągu roku, a na nietrafione kilkaset złotych. Wnioski spisaliśmy w zeszycie, żeby przy następnym zakupie najpierw pomyśleć, a dopiero potem jechać do miasteczka.

Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz

  • Drabinę porządną kupilibyśmy od razu, a nie po trzech miesiącach balansowania na krześle przy rynnie.
  • Przed zakupem czegokolwiek do ogrodu zapytalibyśmy sąsiada zza płotu, czy tego używa. Połowę nietrafionych zakupów by nam odradził.
  • Taczkę wybieralibyśmy po kole, a nie po cenie.
  • Pojemniki na zapasy kupilibyśmy przed pierwszą zimą, a nie po tym, jak mysz zrobiła dziurę w worku z kaszą.

Pisze Ilona i Karol. Ilona jest farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje w Elblągu, a dziś obsługuje gminną stację uzdatniania wody. Od 2025 roku mieszkają w ceglanym domu z 1912 roku na Powiślu. Pisze Ilona, Karol mierzy, wierci i prowadzi zeszyt prac z kosztami. Z nimi bura kotka Mimka.