Przeskocz do czytania
Menu

Warsztat

Warsztat w starej obórce. Od czego zacząć, kiedy nie ma prądu ani podłogi

3 maja 2026 5 minut czytania Ilona i Karol

Wnętrze starej ceglanej obórki w trakcie sprzątania, narzędzia na ziemi

Ceglana obórka za domem przez kilkadziesiąt lat służyła świniom i kurom, potem graciarni. W kwietniu i na początku maja Karol zrobił z niej warsztat: bez wylewki, na razie na przedłużaczu, ze światłem, regałami z odzysku i pierwszą szafą na narzędzia.

W praktyce

Czas pracy
pięć weekendów, ok. 60 godzin
Koszt
1500-2000 zł z elektrykiem (2026)
Trudność
średnie

Pierwszy raz otworzyliśmy obórkę na oścież w lipcu zeszłego roku, przy oglądaniu domu. Pośrednik zajrzał do środka, powiedział „pomieszczenie gospodarcze” i szybko zamknął drzwi. W środku było wszystko: stare koryta, rama od roweru, worki z czymś, co kiedyś było nawozem, sto słoików, zwinięty drut kolczasty i kilka pokoleń pajęczyn. Karol stał w progu i widziałam po jego minie, że widzi tam coś innego niż ja.

Obórka to niski budynek z czerwonej cegły, jakieś pięć na siedem metrów w środku, z dachem z dachówki i małymi okienkami pod sufitem. Na belce nad wejściem ktoś kiedyś wyrył rok 1912. Dom jest pewnie z tego samego czasu. W pierwszych tygodniach kwietnia, kiedy w ogrodzie było jeszcze za mokro na grządki, a w domu walczyliśmy z wilgocią w ścianie od podwórka, Karol zabrał się za obórkę.

Najpierw wynieść wszystko

Sprzątanie zajęło dwa pełne weekendy. Brzmi długo, ale to była najważniejsza część, bo dopiero w pustym budynku widać, co z nim jest.

Wynieśliśmy wszystko na podwórko i podzieliliśmy na trzy kupki: zostaje, złom, śmieci. Złom odebrał pan, który jeździ po wsi z przyczepką i zbiera metal. Wziął koryta, ramę roweru i drut, a pieniądze nie przeszły z rąk do rąk w żadną stronę. Słoiki umyłam i część trafiła do spiżarni. Stare worki z nawozem i puszki po farbach to odpady, których nie wolno wyrzucić do zwykłego kosza, pojechały do punktu selektywnej zbiórki w gminie.

W skrzyni pod oknem znaleźliśmy stare narzędzia po poprzednich właścicielach: imadło, kosę, piły, młotki, motyki. Odłożyliśmy je na bok, Karol ma na nie osobny plan.

Potem miotła, szczotka, odkurzacz pożyczony od sąsiada i maska przeciwpyłowa. Pył w takim budynku to nie tylko kurz, to także stare odchody zwierząt i myszy. Pracowaliśmy w maskach z filtrem i w rękawicach, a ubrania od razu szły do prania.

Podłoga, której nie ma

Pod warstwą słomy i ziemi było klepisko, ubita glina z kamieniami, a w jednym rogu resztka ceglanej posadzki. Pierwszy pomysł był taki, żeby wylać beton. Policzyliśmy i odłożyliśmy. Wylewka na trzydziestu kilku metrach to podsypka, folia, zbrojenie, beton z gruszki albo kilkadziesiąt worków ręcznie, a do tego trzeba by podnieść próg. Na pierwszy rok to za dużo.

Zrobiliśmy prościej. Klepisko wyrównaliśmy grabiami i ubiliśmy ręczną ubijaczką. W części, gdzie stoi stół i gdzie Karol najczęściej pracuje, położyliśmy na folii palety, a na nie płyty ze starych drzwi szaf, które i tak szły na śmieci. Palety dostaliśmy za darmo od znajomego z miasteczka. Nogi nie marzną, wiertarka nie leży w błocie, a jak kiedyś przyjdzie czas na beton, palety się wyniesie.

Stara drewniana belka z wyrytym rokiem w ceglanym budynku gospodarczym
Stara drewniana belka z wyrytym rokiem w ceglanym budynku gospodarczym

Prąd na przedłużaczu i co dalej

W obórce nie było prądu. Kiedyś był, bo przy drzwiach wisiała stara puszka z porcelanowym włącznikiem, ale przewód był odcięty i, jak się okazało, aluminiowy i kruchy jak wafel.

Przez pierwsze tygodnie Karol pracował na przedłużaczu na bębnie, puszczonym z gniazdka w sieni. To rozwiązanie na chwilę i tak je traktowaliśmy. Bęben trzeba zawsze rozwinąć do końca, bo zwinięty grzeje się pod obciążeniem, a kabel nie może leżeć w kałuży ani w przejściu, gdzie jeździ taczka. Na noc przedłużacz był odłączany.

Docelowo obórka dostała osobny obwód. Karol ma technikum elektryczne i czternaście lat przy tramwajach, ale zrobienie i odbiór instalacji zleciliśmy elektrykowi z uprawnieniami z miasteczka. Przewód poszedł w ziemi, w rurze osłonowej, około piętnastu metrów od domu, z osobnym zabezpieczeniem i wyłącznikiem różnicowoprądowym w rozdzielnicy. W obórce są dwa gniazda i dwie lampy. Elektryk z materiałem kosztował nas w widełkach 1000-1300 zł. O całej instalacji w domu napiszemy osobno, bo tam było więcej niespodzianek.

Światło, regały i wilgoć

Okienka pod sufitem dają mało światła, a w pochmurny dzień prawie żadnego. Nad stołem wisi teraz zwykła lampa na haku, pod sufitem dwie świetlówki LED. Różnica między pracą przy czołówce a przy porządnym świetle jest taka, jak między krojeniem chleba w ciemności a w dzień.

Regały zrobiliśmy ze starych desek i metalowych wsporników kupionych na metry. Jedna ściana to półki na pudła z drobiazgami, druga to tablica z otworami z płyty, na której wiszą narzędzia. Karol obrysował każde markerem, żeby wiedzieć, czego brakuje. Mówi, że to nawyk z zajezdni, gdzie każde narzędzie miało swoje miejsce.

Pierwsza szafa na narzędzia to stara szafka kuchenna z domu, którą poprzednicy zostawili na strychu. Ma zamykane drzwiczki i stoi na dwóch cegłach, żeby nie ciągnęła wilgoci z ziemi.

Wilgoć w obórce jest, bo to budynek bez fundamentu z prawdziwego zdarzenia i z klepiskiem. Narzędzia trzymamy na ścianie, nie na ziemi, metal raz na jakiś czas przecieramy olejem. Elektronarzędzia stoją w zamykanych skrzynkach. Okienka zostawiamy uchylone w suche dni, z siatką przeciw ptakom.

Mimka odkryła obórkę pierwszego dnia sprzątania i od tej pory przychodzi tam codziennie rano. Wchodzi, obwąchuje kąty, siada pod regałem i czeka. Myszy w obórce na pewno są. Ile złapała, nie wiemy. Raz zostawiła jedną na progu domu, w prezencie.

Ile to wszystko kosztowało

W zeszycie prac obórka ma już dwie strony. Największa pozycja to prąd od elektryka. Do tego lampy i świetlówki za około 250 zł, wsporniki i wkręty do regałów około 150 zł, płyta na tablicę narzędziową kilkadziesiąt złotych, maski z filtrem i rękawice kolejne kilkadziesiąt. Wywóz odpadów do punktu w gminie był bezpłatny, zapłaciliśmy tylko benzyną.

Czas to około sześćdziesięciu godzin, głównie Karola. Ja byłam przy wynoszeniu, segregowaniu i przy słoikach. Najwięcej czasu zjadło sprzątanie i wyrównanie klepiska, najmniej montaż regałów, który Karol zrobił w jedno popołudnie.

Warsztat nie jest skończony i pewnie nigdy nie będzie. W planach jest stół warsztatowy z porządnym blatem, bo na razie Karol pracuje na starym stole kuchennym, i odnowienie narzędzi ze skrzyni. Ale od początku maja w obórce da się pracować przy świetle, na suchym, z narzędziami na swoim miejscu. Pierwszą rzeczą, jaką Karol tam zrobił, była nowa furtka do warzywnika.

Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz

  • Kontener na śmieci zamówilibyśmy od razu, zamiast wozić worki samochodem.
  • Prąd zleciliśmy elektrykowi po trzech tygodniach na przedłużaczu. Zrobilibyśmy to przed pierwszym dniem pracy, a nie po.
  • Przed położeniem palet wysypalibyśmy warstwę żwiru. Folia na gołym klepisku po deszczu robi się śliska od spodu.
  • Zdjęcie belki z rokiem 1912 zrobilibyśmy przed sprzątaniem. Po sprzątaniu wygląda, jakby budynek był nowszy, niż jest.

Pisze Ilona i Karol. Ilona jest farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje w Elblągu, a dziś obsługuje gminną stację uzdatniania wody. Od 2025 roku mieszkają w ceglanym domu z 1912 roku na Powiślu. Pisze Ilona, Karol mierzy, wierci i prowadzi zeszyt prac z kosztami. Z nimi bura kotka Mimka.