Przeskocz do czytania
Menu

Warsztat

Jak zrobić stół warsztatowy ze starych desek

2 sierpnia 2026 5 minut czytania Ilona i Karol

Solidny drewniany stół warsztatowy z desek z odzysku w ceglanej obórce

Imadło z odnowionej skrzyni czekało od czerwca na porządny stół. Na początku sierpnia Karol zbił go z desek z rozebranej drewutni i kantówki. Opisujemy, jak to zrobił, ile kosztowało i co wyszło krzywo.

W praktyce

Czas pracy
dwa weekendy, ok. 14 godzin
Koszt
ok. 350 zł, deski z odzysku (2026)
Trudność
średnie

Pierwszy sierpniowy weekend był pochmurny i chłodniejszy niż reszta lata. Idealny na pracę w obórce, gdzie przez grube ceglane ściany nawet w lipcu jest chłodno. Na podwórku leżała sterta desek z rozebranej wiosną drewutni. Część zbutwiała i poszła na rozpałkę, ale kilkanaście desek, zwłaszcza te z górnej części ścian, było zdrowych: szarych z wierzchu, jasnych w środku, z gwoździami co pół metra.

Od czerwca Karol pracował na prowizorce: dwa kozły i drzwi położone na nich jako blat. Imadło z odnowionej skrzyni, o którym pisałam we wpisie o starych narzędziach po poprzednich właścicielach, leżało na parapecie, bo do drzwi na kozłach nie dało się go przykręcić. Każde piłowanie kończyło się tym, że drzwi jeździły po kozłach. Karol powiedział, że ma dość pracy na stole, który chce uciec.

Najpierw wymiary, potem piła

Stół warsztatowy ma być przede wszystkim ciężki i sztywny. Nie może się kiwać przy piłowaniu ani skakać przy uderzeniu młotkiem. Ważna jest też wysokość. Ogólna zasada, którą Karol znalazł w kilku miejscach, mówi o blacie mniej więcej na wysokości nadgarstka opuszczonej swobodnie ręki albo trochę niżej, jeśli się dużo struga i piłuje, a trochę wyżej, jeśli robi się drobne rzeczy. Karol ma metr osiemdziesiąt pięć i ustawił blat na dziewięćdziesięciu centymetrach. Ja przy nim pracuję na podeście ze skrzynki.

Długość wyszła z miejsca w obórce. Stół stoi pod ścianą z oknem, żeby światło dzienne padało na blat z boku. Ma sto sześćdziesiąt centymetrów długości i siedemdziesiąt głębokości. Głębszy byłby niewygodny, bo do narzędzi na ścianie trzeba by sięgać przez cały blat.

Karol narysował wszystko w zeszycie prac, z wymiarami każdej części i listą cięć. Liczył trzy razy. Jak zwykle w tym domu, na miejscu i tak okazało się, że ściana nie jest prosta.

Deski z drewutni i kantówka z tartaku

Stare deski trzeba najpierw przygotować. Każdą Karol obejrzał z obu stron, wyciągnął gwoździe, a te, których nie dało się wyciągnąć, wybił pobijakiem na wylot. Gwóźdź schowany w drewnie potrafi zniszczyć ostrze piły i wyrwać kawałek blatu przy szlifowaniu. Potem szczotka druciana do zdjęcia szarej warstwy i brudu, oględziny pod kątem pęknięć i sęków wypadających przy dotknięciu. Z kilkunastu desek do blatu nadało się dziewięć.

Na nogi i ramę deski z drewutni były za cienkie. Kantówkę osiem na osiem centymetrów kupiliśmy w tartaku w sąsiedniej gminie, do tego deski na ramę, wkręty do drewna i kilka śrub zamkowych. Wyszło nas około 350 zł. Kupując, Karol prosił o drewno suche. Mokra kantówka w wilgotnej obórce jeszcze przez pół roku się kurczy i skręca.

Stare żeliwne imadło przykręcone do drewnianego blatu
Stare żeliwne imadło przykręcone do drewnianego blatu

Rama, podwójny blat i półka na dole

Konstrukcja jest prosta. Cztery nogi z kantówki, na górze rama z desek na sztorc, połączona z nogami na wkręty i śruby zamkowe. Na dole, kilkanaście centymetrów nad podłogą, druga rama, na której leży półka z desek. Półka nie jest dla ozdoby. Dolna rama usztywnia nogi, a na półce leżą ciężkie rzeczy: skrzynka z wkrętami, worek kleju do płytek, stara skrzynia. Im ciężej na dole, tym stabilniejszy stół.

Blat Karol zrobił podwójny. Najpierw warstwa starych desek ułożonych w poprzek ramy, przykręconych do niej, potem druga warstwa wzdłuż, przykręcona do pierwszej od spodu, żeby łebki wkrętów nie wychodziły na wierzch. Razem ponad pięć centymetrów drewna. Z wierzchu przeszlifował całość szlifierką oscylacyjną, aż zniknęły największe nierówności między deskami, i przetarł dwa razy olejem.

Do skręcania Karol używał wkrętów do drewna o długości dobranej tak, żeby weszły w drugą deskę na co najmniej dwie trzecie jej grubości. W starym, suchym drewnie każdy otwór najpierw nawiercał cieńszym wiertłem, bo deski z drewutni pękały przy końcach od samego wkręcania. Dwie i tak pękły, poszły pod spód.

Imadło przykręciliśmy na lewym końcu stołu, przy nodze, bo tam blat jest najsztywniejszy. Cztery śruby przez blat i podkładkę z deski od spodu. Karol jest praworęczny, więc z imadłem po lewej prawą ręką ma swobodę przy piłowaniu.

Mimka uznała dolną półkę za swoją jeszcze przed tym, jak skończyliśmy ją przykręcać. Śpi tam na kawałku starego koca, kiedy Karol tylko mierzy i rysuje. Kiedy włącza wiertarkę, wychodzi z obórki krokiem pełnym urazy.

Podłoga obórki nie jest równa

O tym wiedzieliśmy od maja, ale dopiero stół to pokazał. Podłoga w obórce to utwardzona ziemia z kawałkami cegieł, częściowo przykryta paletami. Stół postawiony pod ścianą kiwał się na przekątnej na prawie centymetr.

Karol przyciął cztery podkładki z twardego drewna, pod każdą nogę inną, i dopasowywał je, aż poziomica na blacie pokazała poziom w obu kierunkach. Potem przykręcił je do nóg, żeby nie wypadały przy przesuwaniu stołu. Stół stoi teraz stabilnie, przy uderzeniu młotkiem nie drgnie. Gdybyśmy kiedyś wylali w obórce posadzkę, podkładki trzeba będzie odkręcić.

Nad stołem Karol powiesił na ścianie płytę z otworami na haczyki i zwykłą lampę na haku. Okno daje dobre światło do południa, ale wieczorem, kiedy Karol wraca ze zmiany, w obórce jest ciemno jak w piwnicy. Pod blatem, od frontu, przykręcił listwę z kilkoma gniazdkami, zasilaną z obwodu, który elektryk poprowadził do obórki wiosną. Przedłużacz na bębnie przestał w końcu leżeć na środku podłogi.

Na blacie od razu pojawiły się ślady pracy: zadrapania, plama kleju, jedno nacięcie od piły. Tak ma być. Stół warsztatowy, który wygląda jak mebel do salonu, to stół, na którym nikt nie pracuje.

Cała praca zajęła dwa weekendy, razem około czternastu godzin, z czego cztery to wyciąganie gwoździ i czyszczenie desek.

Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz

  • Z wyciąganiem gwoździ ze starych desek zaczęlibyśmy od razu po rozbiórce drewutni, wiosną, a nie w dniu budowy stołu.
  • Blat zrobilibyśmy o dziesięć centymetrów dłuższy. Przy cięciu długich desek koniec i tak wisi w powietrzu.
  • Na krawędzi blatu od frontu zostawilibyśmy kilka centymetrów wysunięcia. Do takiej krawędzi łatwiej przykręcić ścisk.
  • W dolnej półce zrobilibyśmy szparę na szuflady. Wszystko, co leży na półce luzem, ląduje pod kotem.

Pisze Ilona i Karol. Ilona jest farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje w Elblągu, a dziś obsługuje gminną stację uzdatniania wody. Od 2025 roku mieszkają w ceglanym domu z 1912 roku na Powiślu. Pisze Ilona, Karol mierzy, wierci i prowadzi zeszyt prac z kosztami. Z nimi bura kotka Mimka.