Cyklinować starą podłogę z desek czy wymieniać

W dużym pokoju pod linoleum i trzema warstwami farby leżały sosnowe deski z czasów, kiedy budowano dom. W lipcu zdecydowaliśmy, że ich nie wymieniamy. Cyklina z wypożyczalni, jeden nowy legar, olej zamiast lakieru i dziesięć dni bez mebli.
W praktyce
- Czas pracy
- dziesięć dni, z czego 4 dni pracy
- Koszt
- ok. 1400 zł za 22 m² (2026)
- Trudność
- trudne
Linoleum w dużym pokoju było brązowe, w kratkę udającą parkiet i przybite do podłogi gwoździkami co dwadzieścia centymetrów. W lipcu, kiedy za oknem było jasno do dziesiątej wieczorem, Karol podważył róg przy drzwiach. Pod spodem była gazeta z lat siedemdziesiątych, pod gazetą warstwa brązowej farby, pod nią zielona, a gdzieś niżej, w szczelinie między deskami, kolor drewna. Szerokie sosnowe deski, niektóre na ponad dwadzieścia centymetrów.
Mieliśmy dwa pomysły. Karol chciał zerwać wszystko i położyć nowe deski. Ja chciałam zostawić stare. Przez tydzień rozmawialiśmy o tym przy kolacji, aż sąsiad zza płotu, zapytany przy innej okazji, powiedział: „Takich desek dziś nie kupicie”. Sprawdziliśmy, co jest pod spodem, i zostawiliśmy.
Najpierw legary, potem decyzja
Same deski mogą wyglądać świetnie, ale podłoga leży na legarach, czyli drewnianych belkach, do których deski są przybite. Jeśli legary są zbutwiałe, cyklinowanie nie ma sensu, bo podłoga i tak zacznie się uginać.
Karol zdjął po jednej desce przy dwóch ścianach, przy wewnętrznej i przy zewnętrznej. Przy wewnętrznej legar był suchy, twardy, nóż wchodził w niego na kilka milimetrów. Przy ścianie zewnętrznej, od strony podwórka, jeden legar na długości około metra był miękki i ciemny, nóż wchodził jak w masło. To ta sama ściana, przy której wiosną szukaliśmy przyczyn wilgoci, o czym pisałam we wpisie wilgoć w starym domu, od czego zacząć. Ściana schnie, ale legar przez lata pił wodę.
Pozostałe legary były zdrowe. Zbutwiały fragment Karol wyciął i wstawił nowy kawałek z kantówki, skręcony ze starym legarem na zakład i podparty na murowanym słupku z cegieł z rozbiórki. Nowe drewno zaimpregnowaliśmy przed wstawieniem. Pod podłogą zostawiliśmy przestrzeń wentylacyjną, nie zasypywaliśmy jej niczym, i odetkaliśmy dwie kratki w cokole, przez lata zamurowane od zewnątrz.
Gdyby zbutwiałe były trzy-cztery legary, a nie kawałek jednego, decyzja byłaby inna. Wtedy zrywanie całej podłogi przestaje być fanaberią, a staje się koniecznością.
Gwoździe, farba i cyklina z wypożyczalni
Zdjęcie linoleum zajęło jeden wieczór. Wyciąganie gwoździków, które zostały w deskach, zajęło drugi. Każdy gwóźdź, który zostanie, potrafi rozerwać papier ścierny na cyklinie w sekundę, a przy grubszym gwoździu uszkodzić bęben. Karol przeszedł podłogę z magnesem na kiju i pobijakiem: łebki, których nie dało się wyciągnąć, wbił głębiej w drewno.
Cyklinę bębnową i szlifierkę do krawędzi wypożyczyliśmy w Elblągu na weekend. Za dwie maszyny i papier ścierny w kilku gradacjach zapłaciliśmy w 2026 roku kilkaset złotych, papier liczony od zużycia. Przy trzech warstwach farby zużycie było spore. Pierwsze przejście grubym papierem po skosie do desek zdejmuje farbę, kolejne wzdłuż desek coraz drobniejszym wyrównują powierzchnię.
Cyklinowanie jest ciężką i głośną pracą. Maszyna waży kilkadziesiąt kilogramów, szarpie do przodu, a jeśli zatrzymać ją w miejscu z opuszczonym bębnem, w kilka sekund wyżłobi dołek. Karol ćwiczył najpierw w kącie, który przykryje szafa. Robiliśmy w maskach przeciwpyłowych i ochronnikach słuchu, przy otwartych oknach, z drzwiami do reszty domu zaklejonymi folią. Mimka spędziła ten weekend u nas w sypialni, z miską i kuwetą, obrażona.

Po zdjęciu farby okazało się, że deski nie są jednakowe. Większość miała jasny, ciepły kolor sosny, ale trzy przy piecu były ciemniejsze, prawie miodowe, i miały gęstsze słoje. Sąsiad zza płotu, który przyszedł zobaczyć, „co tam tak huczy”, powiedział, że te przy piecu ktoś kiedyś wymienił, pewnie po pożarze sadzy albo po przecieku. Nie wiemy, czy miał rację. Wyglądają jak łaty, ale postanowiliśmy ich nie barwić. Ten dom ma swoją historię i nie musimy jej zamalowywać.
Kilka desek przy progu miało pęknięcia wzdłuż, ale trzymały się legarów. Karol przewiercił je przy końcach i dobił nowymi gwoździami z łebkiem wpuszczonym w drewno, żeby nie skrzypiały. Skrzypi nadal jedna, przy drzwiach. Zostawiliśmy ją jako dzwonek.
Szpary i olej zamiast lakieru
Między niektórymi deskami były szpary na kilka milimetrów, w dwóch miejscach prawie na centymetr. Stare deski z czasem się kurczą i rozchodzą. Małe szpary zostawiliśmy, bo latem i tak deski pracują, a sztywna masa w szparze po roku pęka i wypada. Dwie największe Karol zakleił cienkimi listewkami z sosny, wklejonymi na klej do drewna i zeszlifowanymi na równo z podłogą.
Długo zastanawialiśmy się nad wykończeniem. Lakier jest twardszy i łatwiejszy w codziennym sprzątaniu, ale kiedy się zarysuje, trzeba cyklinować cały pokój. Olej wchłania się w drewno, podłoga zostaje matowa, rysy da się poprawić miejscowo, a raz na rok czy dwa przeciera się ją kolejną warstwą. W starym domu, gdzie podłoga i tak nie jest równa, wybraliśmy olej. Dwie warstwy, z przerwą na wyschnięcie, nakładane pędzlem i wcierane szmatką.
Olej schnie dłużej, niż obiecuje puszka, zwłaszcza w lipcowej wilgoci. Po pierwszej warstwie odczekaliśmy dwa dni. Po drugiej przez tydzień chodziliśmy po pokoju w skarpetkach, meble wróciły po dziesięciu dniach. W tym czasie Mimka raz wymknęła się z sypialni i przeszła przez pokój po skosie. Ślady łap w oleju są przy oknie do dziś. Postanowiliśmy ich nie szlifować.
Szmatki nasączone olejem trzeba rozwiesić na zewnątrz i wysuszyć na płasko albo zamoczyć w wodzie, zanim się je wyrzuci. Zgniecione w kłąb mogą się same zapalić. To jest napisane na puszce i jest prawdą.
Ile to kosztowało
Pokój ma około dwudziestu dwóch metrów kwadratowych. Wypożyczenie maszyn z papierem, olej, kantówka na legar, impregnat, klej i listewki, maski i drobne: w sumie wyszło nas około 1400 zł. Czasu: cztery pełne dni pracy we dwoje i dziesięć dni bez mebli w pokoju. Nowa podłoga z desek na tej samej powierzchni, z materiałem i robotą, według wycen, które zbieraliśmy wiosną, kosztowałaby kilkukrotnie więcej.
Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz
- Zamówilibyśmy maszyny na cały tydzień, a nie na weekend. Przy trzech warstwach farby brakowało nam jednego dnia, a zwrot w poniedziałek rano oznaczał pracę do północy.
- Sprawdzilibyśmy legary pod każdą ścianą zewnętrzną, a nie tylko pod jedną. Na szczęście pod drugą były zdrowe, ale to było szczęście, nie plan.
- Kupilibyśmy więcej papieru gruboziarnistego. Przy zamalowanych deskach idzie go kilka razy więcej niż przy deskach tylko polakierowanych.
- Kota wywieźlibyśmy na te dziesięć dni do znajomych w Elblągu. Albo przynajmniej zamknęlibyśmy drzwi na klucz.




